• Parafia Św. Marii Magdaleny w Mazańcowicach

    Parafia Św. Marii Magdaleny w Mazańcowicach

  • Parafia Św. Marii Magdaleny w Mazańcowicach

    Parafia Św. Marii Magdaleny w Mazańcowicach

Ks. Władysław Pruski

10 września 1940 r. dekretem władzy duchownej do parafii mazańcowickiej został skierowany ks. Władysław Pruski. Był on naszym trzecim proboszczem. Wcześniej pracował w Pszczynie, a przedtem jeszcze był katechetą w Bielsku.
Ks. Pruski urodził się 17 lutego 1905 r. w Kozowej, w pow. Brzeżany. Czas jego pracy w naszej parafii przypadł na chyba najtrudniejszy okres w całej historii naszej wioski: lata okupacji, frontu, prześladowania Kościoła po wojnie i wreszcie czas wielkiej powodzi.
Najpierw jeszcze kilka słów o losach dwóch księży, pochodzących z naszej parafii. Ks. Stanisław Kuś pracował w wielu parafiach Śląska, był proboszczem w Jaworzu i w Wilczy, gdzie spoczywa na cmentarzu. Ks. Jan Kudziełko był przez pewien czas katechetą w Bielsku. Gdy wybuchła wojna, ks. Jana przesunięto na administratora do sąsiedniej Ligoty. Jednak z powodu zaawansowanej choroby, musiał opuścić parafię i zamieszkać w domu rodzinnym (77). Za indultem papieskim, w osobnym pokoju zamienionym na kaplicę, przez jakiś czas odprawiał Msze św. Swój cichy i połączony z cierpieniem żywot zakończył 6 stycznia 1943 r. Eksportacja jego zwłok odbyła się przy udziale około 20 księży. Ks. kan. Kasperlik z Bielska przy trzaskającym mrozie prowadził kondukt żałobny. Zmarły spoczął na cmentarzu w Mazańcowicach.    
W roku 1943 miało miejsce jeszcze inne smutne wydarzenie, które świadkowie tak relacjonują: „ Hitlerowcy nadeszli by zarekwirować na cele wojenne z kościoła nasze 3 dzwony. Jeden z naszych mieszkańców, znany wszystkim i dobrze władający językiem niemieckim Ignacy Waloszek usiłował ich przekonać, by choć jeden z nich zostawili na wieży. Ci nie chcieli się zgodzić i dopiero po długich namowach dali się przekonać. A kiedy dwa upadły na ziemię, wydały swój ostatni, jakże żałosny dźwięk. A przypadkowi, widzący to parafianie nie mogli ukryć swoich łez. Zabrane dzwony i tak nie uratowały III Rzeszy”.
Nim nadszedł front, proboszcz razem z kościelnym Adamcem zdążył jeszcze rozdzielić naczynia liturgiczne i część z nich, wraz z Najświętszym Sakramentem, dał na przechowanie do pana Niemczyka (16). Zaś drugą część umieścił u pana Sulawy (10).
W czasie ciężkich zmagań frontowych kościół nasz bardzo ucierpiał. Przede wszystkim w znacznym stopniu zniszczony był i podziurawiony dach kościoła i sama więźba dachowa oraz wieża. Mury też były przestrzelone w wielu miejscach, witraże zupełnie wybite, w środku kupy gruzu i wszelkiego brudu, pomieszane z kawałkami szkła z okien.
Na probostwie był jeszcze przez jakiś czas rozlokowana wojskowa pralnia, więc proboszcz był bezdomny. Pomimo to wspólnie z panem Niemczykiem uznali, że należy jak najszybciej zabezpieczyć dach kościelny, by nie przemakały mury i nie doszło do zawilgocenia wnętrz. Tadeusz Donocik przypomina sobie, jak jego ojciec opowiadał w domu historię zdobycia tak potrzebnej do remontu blachy.
Pochodzący z Mazańcowic a mieszkający w Bielsku Jan Buchcik wspólnie z Rudolfem Kopoczkiem zorganizowali w Bielsku większą ilość blachy. Należało ją tylko przewieźć do Mazańcowic, co w tamtych czasach nie było wcale takie łatwe. Z południowej części miasta, na dwa wozy, Kazimierz Pastucha i Alojzy Donocik wieźli ją do nas. Na granicy Mazańcowic zagrodził im drogę milicja i stanowczo usiłowała im ją odebrać. Utarczki słowne trwały aż do wieczora, dochodziło nawet do rękoczynów. Wreszcie dosadna perswazja Kopoczka pokonała upór władzy i mogli już blachę dowieźć do kościoła...
Ludzie sami naprawiali szkody koło kościoła i w samym wnętrzu, ale do naprawy dachu proboszcz zaangażował mistrza blacharskiego Jana Snaczkego. Jako mieszkaniec dzielnicy Pustki znany był z tego, że do kościoła przychodził pieszo w każdą pogodę. Jako odważny i zarazem dobry fachowiec całą pracę na dachu wykonywał bez dodatkowego zabezpieczenia. Tylko naprawiając wieżę, był dodatkowo ubezpieczony liną. Jego brawurę i odwagę widzieli też rosyjscy żołnierze, wychodzący z pralni na probostwie. Ze zdumienia przecierali oczy i mówili jeden do drugiego: „Ot geroj” ( bohater )! Rosjanie czasem też zaglądali do kościoła, chyba raczej z ciekawości. Było to widoczne po sposobie ich zachowywania się. Komunizm wyplenił z nich całkowicie wszelkie wyobrażenie o religii.
Probostwo po opuszczeniu przez Rosjan przedstawiało żałosny wygląd. Nie było żadnych drzwi, zamiast okien i ram tylko puste otwory. Nie było żadnych mebli ani żadnego innego wyposażenia – dosłownie gołe ściany. Te ostatnie też nie były całe, lecz podziurawione od kul, nie było podłóg. Do tego wszystkiego jeszcze wszędzie panował wielki bałagan.
Proboszcz był więc bez dobytku i bez mieszkania. Zamieszkał u swych parafian, jadał to, co mu kto użyczył, a ludzie przecież tak niewiele mieli.
Po wielu wysiłkach i staraniach wreszcie świątynię doprowadzono do możliwego wyglądu i 12 maja 1945 r. proboszcz mógł po tak długiej przerwie odprawiać pierwszą Mszę św. Nie wszyscy mogli się o tym dowiedzieć, więc w kościele było niewielu obecnych. Sam śpiew w kościele też wypadł trochę głucho, bowiem w oknach nie było jeszcze żadnych szyb. Po najpotrzebniejszym naprawieniu szkód w kościele remontowano probostwo, by wreszcie proboszcz mógł zamieszkać u siebie w godziwych warunkach.
Źródła:
„Gwiazdka Cieszyńska”;
Kronika OSP;
Świadectwa mieszkańców.